Historia pewnej zielonej karty…

Napisane 02.06.2014 przez Tomasz Zembrowski

Kurs na zieloną kartę, każdy z trenerów  PGA Polska przerabiał nieskończenie wiele razy. A jeśli nawet nie nieskończenie wiele to z pewnością sporo. Nasz naczelny przez ostatnie cztery sezony poprowadził ich ponad dwieście ale to właśnie ten przeprowadzany w dzień dziecka 2014 pozostanie w jego pamięci NA ZAWSZE…

Fragment z zapisków “Infantylne dykteryjki i sprośne anegdoty trenera Tomasza Z.”

Jest pierwszego czerwca, dzień dziecka (chociaż omylnie własna matula złożyła mi życzenia już wczoraj…) Anno Domini 2014, rzecz się dzieje w Kalinowych Polach, a konkretniej na sześci- dołkowej akademii. Jestem ciut za grubo ubrany, jest mi gorąco i jestem trochę przerażony bo mam dziesięć godzin lekcji pod rząd. Ale widzę światełko w tunelu bo po drodze mam dwa egzaminy na zieloną kartę więc nawet obiad wcisnę jakoś pomiędzy i nie będzie to kanapka z colą zero na stojąco(t0 znaczy kanapka będzie z szynką a cola zero osobno) . Zjem baraninę, o której wszyscy gadają od rana. Jeśli do 14:00 jeszcze zostanie…

W mojej drugiej grupie na ZK mam małżeństwo, około sześciedzięciolatków na poziomie, którzy po-domykali swoje biznesowe sprawy i teraz mogą się cieszyć wolnym czasem i grą w golfa. Są weseli, zaangażowani i aktywni więc zajęcia idą  w dobrym kierunku, dobrym tempie i i nie gorszej atmosferze.

Same swingi też już zdążyły ponabierać kolorytów. Obiektywnie rzecz biorąc –  idzie nieźle, niektóre piłki latają radośnie podczas gdy inne bezceremonialnie i ostentacyjnie toczą się nadal po ziemi. Co jakiś czas znajdzie się perełka ale generalnie bywa różnie, czyli jak to w trakcie takiegoż kursu bywa  “mniej więcej przeciętny standard”. On – trochę za mocno i z rąk Ona natomiast –  trochę za słabo i “pływa”.

Dziewięć godzin kursu za nami więc dzisiaj czas na skonfrontować nabyte umiejętności z prawdziwym polem. Grande Finale. Creme de la Creme. Teoretyczny już zadany więc teraz czas na praktykę.

Stajemy na pierwszym dołku egzaminu, będącym równocześnie ich pierwszym dołkiem w życiu, ponieważ poprzednie zajęcia przerwało załamanie pogody i nikt nie chciał moknąć (oni bardziej niż ja…ale wcale się nie gniewałem). Mówię uspokajającym głosem: Tu jest tee, tam jest flaga, macie jakieś 90 metrów, więc bez szaleństwa”

Facet bierze 9 żelazo, trafia pięknie i prosto a piłka ląduje jakieś 75 centymetrów od dołka. Śmieję się jowialnie, dodając zaczepnie: “doskonale… jak trafisz tego putta to z miejsca masz u mnie zdany egzamin!!!” (taka świecka tradycja). Facet idzie i trafia, a żona robi w tak zwanym między czasie siedem uderzeń więc jemu przybijam piątkę i martwego żółwika z wybuchem, gratulując zdanego praktycznego i idziemy (ze względu na współmałżonkę) na dołek kolejny a konkretnie szósty dołek akademii.

Gość bierze 9 żelazo i gra meeega topa który po przeskoczeniu przez bunkier zatrzymuje się na samym końcu greenu jakieś dwanaście metrów za flagą. Podchodzę poklepując go porozumiewawczo po plecach: – “Taki jest właśnie golf, nie przejmuj się, jesteś tylko człowiekiem, nie wszystko będzie lecieć pod samą chorągiewkę”. Facet jest z siebie wyraźnie niezadowolony ale idzie przygotować się do drugiego strzału. Kiedy jego żona swoim czwartym uderzeniem podtacza piłkę w okolice flagi, podchodzi z putterem do swojej piłki i ze stoickim spokojem trafia…z tych dwunastu metrów do dołka!!!

Ja podskakuje tryumfalnie (nie często mi się zdarza skakać) i pokrzykuje NIEEEE WIERZE, JAKA AKCJA, drugie birdie z rzędu, BOOOOSKO. Jesteś mistrzem! Brawo!!

Facet się skromnie uśmiecha i przyjmuje moje komplementy ze nadzwyczajnym spokojem. Nawet zębów nie pokazał (a miał jakby ktoś poddał w wątpliwość ten fakt). Żona robi pięć uderzeń. Idziemy na dołek kolejny, tym razem piąty dołek akademii

Gość bierze zamach 9 żelazo, BAM!!!…piłka leci pięknym lobem prosto na flagę, odbija się od greenu i zatrzymuje 10 cm od dołka. A ja….biegnę… bo skakanie wydaje mi się już niewystarczające.  Zachowuje się jakbym właśnie wygrał Race to Dubai i British Open jednocześnie. Zaczynam się zastanawiać czy nie jestem na antenie TVN Turbo , Telewizji Trwam albo jakiegoś innego kanału i zostałem bezczelnie wkręcony. Facet o mały włos zrobiłby hole in one a nie wie nawet co to dokładanie oznacza. Chyba widziałem jeden ząb kiedy się lekko uśmiechał. A może to była guma do żucia.

Wrzeszczę: “NIE MA TAKIEJ OPCJI, to się nie dzieje,JEDNO BIRDIE na egzaminie rzadkość,DWA- NIEMOŻLIWE, ale TRZY???? Nawet jeśli nigdy się więcej nie spotkamy, nigdy więcej nie będziemy mieli lekcji, nigdy więcej Ciebie nie zobaczę – to i tak zapamiętam Ciebie i twój egzamin na całe życie i będę opowiadał o tym jeszcze moim (ewentualnie obcym) wnukom.”

Żona dotarła swoim rytmem do greenu w trzech uderzeniach, dodała trzy putty i na styk zdała cały egzamin. On natomiast, bez drżenia rąk, sfinalizował sprawę trafiając z tych 10 centymetrów putta na dwa. Trzy dołki, trzy birdie i podejrzewam, że jeszcze na ostatnim dołku odczuwał zawód, że nie trafił za pierwszym razem.

Ale najzabawniejsze jest to, że sam winowajca (- 3 na 3 dołkach) nie ogarniał do końca poczynionego dzieła. Dlatego próbowałem przemawiać z troską w głosie: “Nie chce być złym prorokiem, ale istnieje spore ryzyko że już nigdy w życiu nie zrobisz czegoś takiego. Normalnie Golf tak nie wygląda. Normalnie Golf jest srogi, bezlitosny i rwiesz sobie przez niego włosy z głowy.”

Jestem ciekawy kiedy ten mój uczeń zrobi swoje kolejne birdie. Życzę mu, żeby dokonał tego jak najszybciej bo oczekiwania po dzisiaj ma z pewnością OOOOOGROMNE.

Zastanawiam się kiedy ja miałem ostatnio trzy birdie pod rząd…

Chciałem iść ćwiczyć ale to i tak pewnie nie da mi trzech birdie pod rząd…

Trzy birdie pod rząd…na egzaminie na Zieloną Kartę. Idę ćwiczyć!

Komentuj


Powrót na górę strony