“In the zone” – cokolwiek to znaczy…

Napisane 30.06.2012 przez Tomasz Zembrowski

W Polsce trudno usłyszeć takie określenie, ale z amerykańskich rozmów (zarówno na poziomie amatorskim jak i zawodowym) jak ktoś dobrze grał to był “in the zone” a jak nie to nie był “in the zone”. Szczerze mówiąc jak popatrzę na piętnaście lat mojej gry to “in the zone” chyba nie byłem nigdy…no może raz ale mógł być dreszcz w momencie impactu i tylko odniosłem mylne wrażenie. Ale nawet jakbym bywał “in the zone” to jak to zrobić, żeby tam zostać przez 4 godziny. No bo tak głupio być i nie być…

Czym się objawia bycie “w strefie” (właśnie wymyśliliśmy)? Jeden ze sportowców opisuje to jako “zwolnienie czasu, i możliwość widzenia tego, co dopiero nastąpi”. Ale co atleta to inna opcja. Jednym świszczy w uszach inni słyszą, pohukującą dwa kilometry dalej sowę, a jeszcze inny widzą na czarno-białowo z efektem “Bullet Time” z gry Max Payne. Bagger Vance mówił o czymś w rodzaju “widzenia pola”. Pamiętacie? Nie pamiętacie, nie ma problemu i tak Wam przypomnimy.

Częstą wersją wydarzeń jest przykład “widzenia linii putta, przed puttowaniem. O ile nie gramy rano i wspomniana linia jest śladem poprzednich użytkowników, faktycznie mamy do czynienia z trzecim okiem. Cokolwiek by to nie było i jak niesamowicie by się golfistom nie objawiało, ma jedną wspólną cechę. Nie wystarcza na długo. Możemy grać lepiej kilka rund z rzędu, ba nawet kilka tygodni (podobno…tak słyszeliśmy) ale zła runda czeka gdzieś tam za horyzontem, i tylko czeka, żeby nas dopaść.

Co ciekawe kiedy gramy źle zawsze myślimy, że ten stan utrzyma się do naszej śmierci, natomiast kiedy już gramy świetnie, ciągle nakręcamy myślami typu “to się na bank zaraz skończy, to nie może trwać wiecznie”. I zaawsze mamy racje. Pytanie czy byłoby tak, gdybyśmy nie mieli czarnych myśli?

Golf jest bardziej mentalny od innych dyscyplin. Większość sportów działa na zasadzie instynktu, akcji i reakcji. W piłce nożnej reagujecie, kiedy ktoś ją kopnie w waszą stronę, w tenisie przeciwnik posyła nam piłkę i mamy sekundę czy dwie, żeby wygenerować “ripostę”, w koszykówce, patrzycie na kosz i rzucacie. W golfie piłka leży sobie bezczelnie na ziemi, śmieje się z nas głośno a my mamy mnóstwo czasu na przemyślenia, koncepcje i budzenie demonów.

Ostatnio nasz znajomy grał trzy-dniowy turniej. Dwie pierwsze rundy szedł jak burza. Podejmował dobre decyzje, przechodził przez “mentalną rutynę” przy każdym uderzeniu, niczego nie popsuł. Ostatniego dnia, grał w jednym z ostatnich grup, przez co grało się wolniej a on miał więcej czasu na rozmyślania. Czuł się jakby zardzewiał i zagrał zdecydowanie gorzej. Jak sam twierdzi, nie chodziło o swing, nie chodziło o tempo, chodziło o mental.

A skoro już chodzi o mental to trzeba sprawdzić co takiego mówią o tym inni. Niełatwo przebrnąć przez wszystkie teorie (nierzadko wzajemnie się wykluczające). Sporo ludzi poleca Boba Rotelle, chociaż jak się człowiek wczyta to nie jesteśmy pewni, czy to pomoże w byciu “w strefie”. Innym polecanym kierunkiem jest “Vision 54” Pii Nilsson, Lynn Marriott i ich książka “Every Shot Must Have a Purpose”(“Każdy strzał musi mieć swój cel”). Tam też znajdziecie ciekawe pomysły ale pewnie nie ze wszystkim się zgodzicie. Wprawdzie Annika Sorenstan była zadowolona z ich teorii, ale powiedzmy sobie szczerze, Anikką to wy nie jesteście…  Jest jeszcze doktor Parrent i jego “Zen golf” ale w jego koncepcji gra w golfa to w 90% mental i w 10% mental…więc w zasadzie nie ma już o czym mówić.

Po tym wszystkim, najlepiej robi prosta koncepcja, że “piłka ma nas głęboko w nosie, i zupełnie jej obojętne, to jak się czujemy.” Prawda jest taka, że ile byście książek o mentalu nie czytali większość grających świetną rundę, w okolicy 15,16 dołka myśli już o tym co powie, kolegom na rundzie, jakie “przemówienie zwycięzcy” wypadało by wyłożyć w budynku klubowym przy odbieraniu pucharu. Oczywiście, wiecie doskonale do czego to prowadzi i starcie się tego unikać. Staracie się…

To nie tak, że nie wierzymy w działanie mentalu ale jest on po prostu bardziej nieuchwytny niż byśmy chcieli i przeczytanie kilku, nawet najlepszych książek chyba nie wystarcza. Jest mnóstwo zawodowców, którym trening mentalny ratował kariery ale to już trochę wyższa szkoła jazdy (zajęcia z terapeutami, joga, metody oddechowe, wizualizacje).

Podobno Harry Vardon proces wizualizacyjny miał opanowany do perfekcji. Geniusz czy za dużo palił?

Złe nastawienie, brak wiary, stres i cały szereg emocji działają niczym bomba zegarowa na polu golfowym. To prawda i wszyscy “trenerzy mentalni” się z tym zgadzają. Punktem spornym jest przeciwdziałanie. Może zamiast ćwiczenia “kwiatu lotosu”, “Incepcji” i “tańca deszczu” większość z nas powinna po prostu więcej grać i ćwiczyć zamach tak by stał się bardziej powtarzalny a poczucie pewności było dzięki temu większe? Pozostawiamy te pytania bez odpowiedzi.

Podpowiadamy delikatnie cytując stary, ale jary dowcip: młody człowiek ze skrzypcami pod pachą – pyta się taksówkarza: „Panie, jak trafić do filharmonii? – ćwiczyć, synu, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć!

Jeden komentarz do ““In the zone” – cokolwiek to znaczy…”

  1. Chester Napisał:

    Dear friend it is nice to know phisiology of the brain during game of golf but in my wiev ist spleeting bold man hair -plaing golf is for pleasure, fun, winning monies and taking after what if!!! the above teory is just nonsens for educators who never feel the game.

Komentuj


Powrót na górę strony