Co było pierwsze? Tiger czy golf?

Napisane 10.01.2012 przez Tomasz Zembrowski

Sezon 2012 się zaczął, a jak się Majowie nie pomylili to i się nawet w grudniu skończy, ale nie ten problem chcieliśmy dzisiaj zgłębiać. 2012 się zaczął od świeżych emocji (emocyj jakby to Holoubek powiedział) po wygranej Tigera w turnieju Chevron World Challenge. Wszyscy “znawcy” obstawiają już teraz, ile Tiger w sezonie 2012 zgarnie tytułów, ci optymistyczni zakładają nawet 8, pesymiści…3. Oczywiście eskalujemy ale generalna histeria wróciła mimo iż Eldrick wygrał tylko ” swój własny turniej”, przy sprzyjającej publiczności i w towarzystwie aż 18 graczy. Tym którzy nie zauważyli normalnie w turnieju grać odrobinkę więcej zawodników bo ponad 150. Pomijając już kwestie samego zakwalifikowania się do imprezy przez dziką kartę od fundacji…

Kolejnym wielkim “newsem”  jest powrót ex numero uno po 10 latach opuszczania imprezy, na turniej AT&T Pebble Beach Pro Am, rozgrywany od 9-12 lutego. Wszyscy się cieszą, Tiger się cieszy, pewnie jego mama się cieszy, może nawet skrycie cieszy się Elin (może ona jednak nie), a z pewnością cieszy się jego agent. Tym bardziej, że kolejna “plotka” mówi o tym, że Tony Romo (według różnych źródeł HCP od +1 do +3,3), najlepszy z amatorów ma zagrać w parze, nie z kim innym jak właśnie z samym Tigerem. Po co? No jak to po co!! Po to, żeby wygrać. Uważamy , że nie ma to żadnego znaczenia, ale najwyraźniej dla tych którzy o tym mówią, ma ogromne bo robią wokół tego więcej szumu, niż wokół wszystkich lig jednocześnie. A warto by się nad tym zastanowić dlaczego Tiger, tak niechętnie grający w pro-amach nagle się cieszy i nawet się tym wielkim szczęściem dzieli ze społeczeństwem za sprawą swojej strony internetowej. Możemy być błędzie, ale jest to amerykańska-prosta-jak-drut strategia marketingowa “wybielająco-powracająca”. Woods się już sypał popiołem, zwołał konferencję prasową przypominającą pogrzeb scjentologiczny (cały czas się zastanawiamy czy za tą brzydką kurtyną nie stał Tom Cruise), teraz przyszedł czas na ocieplanie wizerunku.

A trzeba się z tym ciepłym- imidżem śpieszyć bo w  powietrzu wisi kolejna “afera”. Hank Haney napisał książkę o 6 latach, które spędził z Woodsem, w czasie których golfista zdobył prawie połowę tytułów w całej karierze.  I w czasie, których był bohaterem skandalu “przyczajony tygrys, ukryty hydrant”. A teraz musi być następny skandal bo książka nazywa się “The Big Miss” Wspaniale!! Tego nam właśnie było trzeba w golfowym świecie. Oby nie skończyło się na poziomie filmu “dokumentalnego”, który zaserwowała nam TVP2 w zeszłym roku. Kto nie oglądał – niech sobie da spokój. Bicie się w pierś pierwszego trenera, płaczliwe rozmowy z kelnerkami i striptizerkami oraz zbieranie z parkingów tamponów jest poniżej wszelkiej krytyki. Powiedziałbym że dzisiejsza okładka super-expressu z głową prokuratora Przybyła jest adekwatna. Żenua!!!

No i po co to wszystko? Czy Tiger Woods= Golf albo inaczej zadając pytanie czy golf nie dawał sobie rady bez Tigera? Jakiś czas temu Jack Nicklaus powiedział, że golf jest większy niż Tiger i coś w tym jest. Ale pomijamy już kwestię reklamowo-pieniężną bo rozkręconego koła, w którym głównym młynarzem być niewątpliwie Woods, nie trzeba już popychać i kręcić, bo kręci się świetnie samo, tym bardziej że nurt rzeki, w którym stoi, jest więcej niż wartki.

Czy lata 2010 i 2011 były golfowo nudne? Nawet najwięksi fani Tigera, nie mogą powiedzieć, że nie. Działo się sporo, walka o pierwsze miejsce toczyła się między kilkoma rewelacyjnymi zawodnikami, “Stary kontynent” odżył i jest najmocniejszy od połowy lat 80tych, pojawiły się nowe młode twarze, które poczynają sobie nader śmiało, a kilku “emerytów” nadal dzielnie walczy. Piękno golfa w czystej postaci.

Czy gdyby Tiger był w swojej życiowej formie, to czy Luke Donald wygrałby ligi po obu stronach oceanu? Czy młody Haas zachipowałby z wody i wygrał w pięknym stylu FedEx Cup, czy debiutant Bradley wygrał by w PGA Championship? Czy Bubba Watson i Phil Mickelson byliby pierwszymi lewo-ręcznymi zawodnikami, którzy zajęli dwa pierwsze miejsca w PGA Tour w jednym turnieju(Farmer Insurance Open), czy Północna Irlandia wygrałaby w półtora sezonu 3 majory, i czy w Rors pobiłby wszystkie dotychczasowe rekordy U.S. Open, czy Darren Clarke wygrałby British Open w swoim gazylionowym występie? Tego się nigdy nie dowiemy.

Tiger Woods jest przez wielu uważany za najlepszego golfistę wszech czasów (nie żebyśmy byli innego zdania ale poczytajcie sobie statystyki wcześniej wspomnianego Jacka Nicklausa), i jego wkład w rozwój golfa jest niepodważalny, ale czy dominacja i zamurowanie na 1 miejscu przez 623 tygodnie jest najlepszym i najciekawszym scenariuszem? Sami oceńcie.

 

3 komentarze do “Co było pierwsze? Tiger czy golf?”

  1. Sławek Napisał:

    Oj! Panie Redaktorze, coś nie lubimy Tigera, nie lubimy. A ja mu kibicuję. Czy będzie najlepszy? Raczej nie. Ale na pewno niektórym podniesie adrenalinę. Tylko, że jak będzie rzucał kijami i luł na green, to będę głosował za skierowanie go na odwyk.

  2. Tomasz Zembrowski Napisał:

    Redaktor Tigera zawodnika lubi, nie lubi Tigera człowieka – to dwie osobne kwestie. I kibicujemy żeby wszyscy byli w świetnej formie, nawet Woods.

  3. Sławek Napisał:

    O i tu się zgadzamy.

Komentuj


Powrót na górę strony