Co nam przyniesie sezon 2011

Napisane 25.01.2011 przez Tomasz Zembrowski

Sezon już wprawdzie się zaczął ale jest, nazwijmy to, w fazie embrionaln0-prenatalnej więc możemy powróżyć z fusów tak samo jak w grudniu. Doszliśmy do takiego etapu, gdzie w OWGR jest bardzo ciasno i można po jednym turnieju przeskoczyć z 12 na nawet 5,6 miejsce. Wyżej też jest ciekawie: McDowell depcze po piętach Tigera, Tiger jest blisko Kaymera, a Westwood, który jeszcze tydzień temu był bezpieczny, bezpieczny już wcale nie jest. Dla nas bomba. Od lat czekaliśmy na sezon, w czasie którego zawodnicy co niedzielę będą walczyć o żółtą koszulkę lidera. Spektakl jednego bohatera może być ciekawy przez ale jego sequel, sequel sequela i kolejne 300 odsłon już niekoniecznie. Faktycznie “Zabójcza Broń 4” była niemalże tak dobra jak jedynka, ale tam w każdej części dochodził “ktoś nowy”.

“Bzdura! To nie nastąpi”

Tak nam powiedział ostatnio przyjaciel redakcji, twierdząc: “Tiger wróci w tym roku. Inni z nim nie wygrywają, tylko Tiger przegrywa sam ze sobą. To “coś” co ma Woods, nie zniknęło tylko, nie on sam potrafił ogarnąć wszystkiego w głowie. Jak już (nie – jeśli) ogarnie, to wróci na szczyt a inni będą tylko patrzeć na jego plecy”. Wiara w Tigera u naszego kolegi nie osłabła ani odrobinkę. Naszym zdaniem prawda jest bardziej skomplikowana. Owszem, Tiger miał problemy ze sobą, ale w przeszłości konkurencja miała także problem ze sobą przez Tigera. Innych zawodników (może nie Phila czy Steva) ogarniał niepokój przez  samą obecność obok Tigera (nie daj boże walka z nim o zwycięstwo), a teraz ten strach się zmienił bo Woods okazał się jak wszyscy inni, człowiekiem a nie robotem. Dzisiaj inni darzą Tigera zdrowym szacunkiem i podziwem ale nie sądzimy by bali się go tak samo jak wcześniej. Y.E. Yang pokazał już w 2009 roku, że można pokonać Tigera, nawet jeśli rundę finałową zaczynacie ze stratą, Luke Donald z Westym obili go mocno w Ryderze (7&6), Graeme McDowell wydarł mu nie tylko jego własnego Chevrona, ale wcześniej wytrzymał presję na U.S. Open wychodząc z tego pojedynku zwycięsko. Golfiści zrozumieli, że Woods jest do pokonania.

Oczywiście nie sugerujemy się turniejami takimi jak WGC Bridgeston Invitational,  Quail Hollow czy AT&T National, gdzie Eldrick zagrał kolejno (+18), (+9) i (+4) bo to były koszmarne wtopy, które już się prawdopodobnie się nie powtórzą ale jesteśmy zdania, że nie będzie już tak samo jak przed akcją: “przyczajony tygrys,ukryty hydrant”. Oczywiście możemy się mylić i Woods znowu będzie machał ze stratosfery do ciężko stąpających po ziemi kolegów.

Załóżmy jednak, że Tiger odzyska formę i wygra kilka turniejów. Czy to wystarczy by być znowu numero uno? Niekoniecznie, bo w 2009 Woods wygrał 6 turniejów a w 3 kolejnych był drugi więc punktów ma do stracenia całkiem sporo, w przeciwieństwie do większości czołówki światowej, u której punktacja jest rozłożona na oba sezony. Dobrym przykładem działania systemu OWGR jest Sergio Garcia, który w 2008 roku był bardzo blisko za Woodsem, ba mógł go nawet wyprzedzić. Po roku “antygry” po rozstaniu z córeczką Normana, Sergio zleciał na miejsce 12, po kolejnym fatalnym sezonie już na 78. Dodamy, że “chude lata” Hiszpan zakończył na miejscach 89 i 101 natomiast Tiger był w 2010 w PGA Tour dopiero 112. Reasumując, mimo iż punkty z przed dwóch lat mają mniejszą wartość niż z przed roku, exlider musi pograć lepiej niż inni, żeby w ogóle w czołówce pozostać. Poza tym jest jeszcze kwestia obsady turniejów. Czołówka Starego Kontynentu w większości “grzecznie odmówiła” propozycjom otrzymania karty i zostają u siebie. Efekt? Zwycięzcy w PGA Tour będą dostawać mniej punktów za zwycięstwo…bo nie będzie tam najwyżej rozstawionych zawodników.

Nasze rozważania mają charakter czysto naukowy i są zdecydowanym uproszczeniem bo nie zakładają zupełnie tego co mogą zrobić pozostali. A może się dziać na prawdę sporo.

W doskonałej sytuacji jest Martin Kaymer, który pokazał ostatnio w jak dobrej jest formie. Niemiec ma stosunkowo mało punktów do obrony z 2009  roku, szczególnie z pierwszej części roku więc jeszcze jeden dobry start w solidnie obsadzonej imprezie może wystarczyć by został 14 liderem w 26-letniej historii rankingu, aczkolwiek broniący pierwszego miejsca Westy ma punkty rozłożone podobnie. Lee jednak w ostatnim tygodniu nie grał w ogóle…miejsce T64 pozostawiamy bez komentarza.

Graeme chociaż do obu panów ma sporą stratę, do obrony ma w zasadzie mniej niż niewiele. W 2009 roku był raz 2, raz T5, i raz T7 a ten najlepszy wynik jest z  Chevron World Challenge więc z samego końca sezonu.

W mniej komfortowej sytuacji są Phil i Steve, którzy w 2010 wygrali po jednym turnieju natomiast rok wcześniej  zdobyli po 3 tytuły każdy. Ten pierwszy w Dubaju zupełnie się nie popisał, ten drugi rozpoczął sezon nieźle bo w dwóch startach wylądował dwa razy w Top10. O ile Stricker wydaje się stabilny emocjonalnie (chociaż na numer 1 na świecie jest zdecydowanie zbyt normalny i nudny) o tyle Phil chyba nie może pogodzić się ze straceniem szansy…ba 19!!! szans na zdobycie 1 miejsca w OWGR. Kolega redakcji (ten od niezachwianej wiary w Tigera) stwierdził ostatnio, że “Lefty” jest za słaby psychicznie na bycie najlepszym na świecie. Obawiamy się, że miał racje i mamy nadzieję, że u Amy wszystko w porządku.

Kolejny siódmy w rankingu (w ostatni weekend awans z 12 na 7 miejsce) najmłodszy w czołowej dziesiątce, Rors w przeciwieństwie do swojego krajana McDowella, ma również sporo punktów do obrony ale już wiemy, że jest w formie. W ostatnich 5 startach był 2, 4,5,6,5. Bardzo intensywnie myślimy nad tym, czy ten chłopak się dopiero rozkręca, czy to szczyt jego możliwości. Chociaż Kaymer trochę burzy nam światopogląd, cały czas obstajemy przy stanowisku, że McIlroy to numer 1 przyszłości.

Kolejni Jim Helikopter, brytyjskie trio Paul Casey (ten akurat zamerykanizowany), Luke Donald i Ian Poulter (z tym to nie wiadomo) i przeżywający trzecią, czwartą albo piątą (kto by to liczył) golfową młodość Ernie Els ( Big Easy jest rekordzistą w długości bycia w czołowej 10 OWGR – 788 tygodni) są może nie blisko ale z pewnością niedaleko. W  teorii, każdy z nich mógłby w ciągu kilku miesięcy objąć prowadzenie. No chyba, że Tiger będzie taki jak w 2008…i znowu koło się zamyka.

W niektórych dyscyplinach pojawiają się nagle zawodnicy “znikąd” którzy demolują stary porządek i powodują spore przetasowania w rankingach. W golfie to chyba nie możliwe, chociaż gdyby nagle Louis Oosthuizen (to nazwisko nigdy nam się nie znudzi), Ben Crane, Alvaro Quiros, Bubba Watson, albo Tommy “2 rękawiczki” Gainey wygrał 5 turniejów z rzędu to bylibyśmy zachwyceni.

Hasło “Chleba i igrzysk” zmieniamy dzisiaj na “Golfa i igrzysk”…niech się dzieje jak najwięcej.

Komentuj


Powrót na górę strony