Podsumowanie tygodnia

Napisane 04.10.2010 przez Tomasz Zembrowski

Ryder Cup 2010 za nami. Na początku, niespodziewanie (o tej “niespodziewalności” mówimy bez przekonania) zarówno drużyna amerykańska jak i europejska przegrywały na całej linii z trzecim, znacznie poważniejszym rywalem…walijskim klimatem. Lało, wiało, porządkowi i ochotnicy usuwali wodę na greenach przed każdym puttem, Colin zacierał ręce, a Corey obgryzał paznokcie (Amerykanie nie radzą sobie z tą pogodą tak dobrze jak Europejczycy) ale koniec końców turniej przerwano i w piątek nie rozegrano nawet porannej sesji. W sobotę zmieniono program, i zamiast 8 przewidzianych spotkań, skończono piątkowe 4 foursomy i rozpoczęto 12 kolejnych (8 foursomów i 4 fourballe).

Sesja 1

W pierwszej sesji wielkich sensacji nie było. Westy z Kaymerem poradzili sobie dość gładko ze słabo grającym Mickelsonem i ciut lepiej grającym Dustinem Johnsonem. Północno irlandzki duet McIlroy-McDowell, który z pewnością na fanów działał gorąco, na przeciwników działał przeciętnie. I jedni i drudzy grali średnio i pierwsze wygrywające birdie pojawiło się dopiero na dołku nr 7. Wszyscy poprawili się w drugiej dziewiątce, najpierw Amerykanie, potem “Nasi” i tak udało się urwać przeciwnikom po pół punktu. Trzeci mecz Poulter/Fisher kontra Woods/Stricker był tak na prawdę walką Brytyjczyków ze Stevem i pojedynczymi udziałami Eldricka. Jednak i to wystarczyło na Angoli, którzy patowali dość nieprzewidywalnie. Wynik ostatniego meczu można by uznać za zaskakujący gdyby nie to, że Harrington już od dawna nie gra jak w 2008 roku. Luke dwoił  się i troił ale jak się robi tylko 3 birdie (w tym 2 na par 5) to raczej nie ma z czego wygrywać. Tym bardziej, jak debiutujący w Ryder Cup Amerykanie trafiają zza greenu.

Sesja 2

W tej sesji zawodnicy mierzyli się z Foursomami, które są delikatnie mówiąc uporczywe i jeżeli jednemu z zawodników  gra się nie klei to drużyna nie ma raczej najmniejszych szans. No i właśnie Jimenezowi i Hansowi się nie kleiło. To znaczy mieli przebłyski ale było to o wiele za mało, przy wyraźnie klejącej się grze Strickera i Woodsa. Zrobić 7 birdie na 15 dołkach w foursomie to nie lada wyczyn. Chylimy czoła. W drugim meczu takich wyników już nie było. Wprawdzie, Zach i Hunter na pierwszym dołku wcisnęli birdie i objęli prowadzenie ale póżniej niemalże do samego końca wygrywały pary. Bracia Molinari liczyli chyba, że będzie tak do końca ale Amerykanie jak na złość na finiszu znowu poszaleli i dzięki dwóm birdie wygrali mecz. Dobrze nastrojeni po dobrym występie Westwood i Kaymer rozpoczęli skromnie ale ponieważ przeciwnicy robili bogeye, Europejczycy wysunęli się na prowadzenie. Kolejnym prezentem był amatorski błąd Rickiego Fowlera, który z kieszeni wyjął nie tę piłkę co trzeba i Ameryka musiała poddać kolejny dołek. Rickie zachował jednak zimną krew i w decydującym momencie trafił putta dzięki któremu drużyny podzieliły się po połowie punktu. Spotkanie Harrintona/Fishera z “Leftym” i Dustinem Johnsonem zaczęło się od ciekawego wyniku: ci pierwsi zrobili uroczego doubla, ci drudzy solidne birdie. Taki start po wcześniejszym występie Anglików nie nastrajał optymistycznie ale jak się okazało musiała to być jak przemyślania, tajna technika, bowiem poza jednym wygranym dołkiem USA patrzyło tylko jak Europa im ucieka. I tak sobie patrzyli do 16 dołka. W kolejnej odsłonie wystąpił najbardziej nażelowany duet Poulter i Donald z bohaterami pierwszej odsłony Bubbą Watsonem i Overtonem. Naszym zdaniem był to najciekawszy pojedynek, który w skrócie wyglądał tak: najpierw prowadziliśmy my, potem oni, potem my, potem znowu oni ale na końcu to my byliśmy górą. Prawie równie ciekawie było w starciu Północno Irlandzkiego walca z 50 Cinkiem (uliczna ksywka) i Mattem Kucharem. 3 razy prowadzili Europejczycy, 4 razy Amerykanie, 7 razy był remis. To się nazywa adrenalina. Po dwóch rozdaniach na prowadzeniu wylądowała zatem reprezentacja USA 6:4.

Sesja 3

Nie wiemy jakich argumentów w przerwie użyli Colin, Darren, Severiano czy Sergio albo co naobiecywali zawodnikom ale pomogło, bowiem sesja trzecia z pewnością przejdzie do golfowej historii. W dość szybkim tempie na tablicy zrobiło się bowiem niebiesko (Naprzód Europo) i stary kontynent prowadził we wszystkich sześciu meczach. W pierwszym starciu angielski duet Donald Westwood zdemolowali błyskawicznie niezatapialny (jak się wszystkim wydawało) team Steva i Tigera, prowadząc już po 7 dołkach aż pięcioma i wydawało się, że ten mecz ma szanse dobiec końca  jeszcze w sobotę (było już po 19:00) ale Stricker trafił putta na 9 dołku i zrobiło się zaledwie 4 up. Chwilowy przebłysk był jednak bardziej niż chwilowo bo następnego dnia rano Westy z Donaldem wspięli się na szczyt robiąc trzy birdie pod rząd i rozgramiając przeciwników 6&5. Woods i Stricker 6 razy z rzędu byli niepokonani. Jak przegrać to z hukiem. W pozostałych meczach nie było aż tak spektakularnie chociaż nie mniej ciekawie i prawie wszyscy dowieźli zdobytą poprzedniego wieczoru przewagę. Prawie, ponieważ bracia Molinari jako jedyni dali ją sobie odebrać, chociaż na ostatnim dołku Francesco w kryzysowym momencie trafił putta na remis.  Generalnie było tak dobrze, że Hanson wycałował nawet Jimeneza (mamy nadzieję, że jego żona jest wyrozumiała). Dzięki sobotnio-niedzielnej sesji przerywanej nocą i kolejnym załamaniem pogody Europa zniszczyła USA 5,5 do 0,5 dzięki czemu przed singlami prowadziła 9,5 do 6,5. To ważne, ponieważ zwyczajowo europejscy golfiści w singlach radzili sobie gorzej niż koledzy zza oceanu. Do szczęścia potrzebne było zatem 5 punktów.

Sesja 4

W poniedziałek walijska pogoda zmieniła kolejny raz oblicze, dzięki czemu zarówno zawodnicy jak i dziesiątki tysięcy fanów mogły delektować się golfem w pięknej, słonecznej pogodzie. Wielkie tłumy wiwatowały i śpiewały na pierwszym tee stadionowe piosenki (nie te o naszym narodowym uwielbieniu PZPN).  Najpierw wbrew świeckiej tradycji “nasi” radzili sobie lepiej i w pewnym momencie prowadziliśmy nawet w 8 spotkaniach ale Amerykanie szybko nadrabiali. Pierwszym zaskoczeniem była słabsza dyspozycja Westwooda, który niewątpliwie w poniedziałek grał najsłabiej, a im gorzej szło jemu, tym lepiej grał Stricker. Steve na ostatnich dołkach trafiał wszystko co było do trafienia. Całkiem nieźle jak na 43-latka. W następnym meczu “Rors: zaczął ostro i po dwóch dołkach prowadził już dwoma nad Cinkiem, ale potem nie było już tak z górki i zaczęła się karuzela. Kiedy Cink przypomniał sobie jak się patuje, wychodził na prowadzenie, jak zapominał to Rory doprowadzał do remisu. Na ostatnim dołku Cink znowu zapomniał, a Rory zrobił heroicznego sand safe co potem okazało się arcyważnym momentem. W trzecim spotkaniu doskonale grający Luke Donald wypracował sobie solidną 3 dołkową przewagę (wspaniałe putty) nad Furykiem, którą utrzymywał do 13 dołka. Gorąco zrobiło się dalej kiedy Jim dwa razy okazał się lepszy i na dwa dołki przed końcem, przewaga Anglika zmalała do jednego dołka. Tej na szczęście już nie oddał. Kolejne spotkania były już znacznie bardziej jednostronne: Dustin Johnson (prawdopodobnie PGA Player of the Year 2010) rozgromił Kaymera 6&5. Nie ma w tym nic dziwnego, bo Martin grał dość przeciętnie a Dustin na 15 dołkach zagrał 6 birdie. W kolejnym spotkaniu było równie “nierówno” bo Poulter zrobił na 14 dołkach 5 birdie i eagla (piękny chip z ponad 30 metrów) więc Kuchar nie miał nic do powiedzenia. I tak jak Poultera nie lubimy, za jego “mógłbym być numerem 1” to dzisiaj mógłby być co najmniej w top3. Kolejnym Europejczykiem, który zdobył cenny punkt dla naszego kontynentu był po raz kolejny Jimenez, który zlał 4&3 Bubbe Watsona, mimo iż Amerykanin gra od niego dalej o jakieś 40 metrów. Ross Fisher stawiał czoło Overtonowi na pierwszej dziewiątce w dobrym stylu (2 up) ale później Amerykanin przeszedł do ofensywy i w kolejnych 7 dołkach aż 5 krotnie był lepszy. Jego koledzy Mickelson i Zach Johnson poradzili sobie również gładko i wygrali kolejno 4&2 z Hansonem i 3&2 z Harringtonem (według nas największa pomyłka Colina). Kolejnym punktem są bracia Molinari, którzy podobnie jak wczoraj i dzisiaj “błysnęli”. Pierwszy miał pecha bo wylosował Tigera Woodsa. To znaczy miał szczęście, bo Woods grał ostatnio jak “nie wiadomo kto” ale miał pecha, ponieważ dzisiaj zobaczyliśmy stary dobry numero uno. Pierwsze dwa dołki Francesco nawet wygrał robiąc piękne birdie ale potem Tiger sobie przypomniał po co przyjechał do Walii i na kolejnych 10 dołkach zrobił 6 birdie i eagla!!!!!!!!!  Do Włocha nie można mieć pretensji, bo miał po prostu pecha. Natomiast jego brat Edoardo dał dzisiaj ewidentnie ciała. Włoch po pięknej walce wywalczył wspaniałą przewagę i po 12 dołkach prowadził czteroma. Na 15 dołku Włoch miał Fowlera na widelcu ale nie trafił putta. A potem Fowler przypomniał sobie jak w zeszłym roku wziął udział w Walker Cup (4 punkty w 4 meczach). Młody Amerykanin wygrał dołki 16,17, i 18 robiąc trzy piękne birdie, a bezpieczna dotychczas Europa nie była już taka bezpieczna. Wszystko, absolutnie wszystko zależało od ostatniego spotkania Graeme McDowell vs. Hunter Mahan. W momencie kiedy Rickie trafiał 8-metrowego putta na remis, McDowell z Mahanem byli na 14 dołku. Do tego czasu Irlandczyk prowadził nieprzerwanie od pierwszego dołka a po opuszczeniu 14 greenu jego przewaga wynosiła 2 dołki. Na 15, arcy krótkim dołku (dzisiaj Bubba grał tam krócej chwyconym fairway woodem) Mahan zrobił piękne birdie w przeciwieństwie do McDowella. Mieliśmy zatem trzy dołki do gry, 1 dołek przewagi Europy i sprawę zupełnie otwartą. Tegoroczny zwycięzca PGA Championship jest jednak prawdziwym twardzielem i po 16 było z powrotem 2 up czyli Europa w najgorszym razie osiągnęła by poziom 14 punktów. Problem polegał jednak na tym, że 2 lata temu zwyciężyli Amerykanie i w przypadku remisu, zwycięzcami byłoby nadal USA. Sprawa była otwarta dalej i trzeba było rozegrać dołek nr 17 ( par 3 180 metrów). Pierwszy uderzył Irlandczyk trafiając do bunkra, drugi Amerykanin nie dobijając do greenu. Dla pewności Mahan powinien trafić chip in’a, ale tak sie nie stało. 35 tysięcy fanów, miliony widzów oglądających transmisje, ogromna presja spowodowały, że Hunter nawet nie dobił na green, zagrał tak jak to widzimy często w trakcie amatorskich imprez, miało być 20 metrów, wyszło pięć. Kiedy Greame zagrał z bunkra na półtora metra od flagi wszyscy zamarli. Amerykanin jeszcze próbował zrobić para, ale nie trafił, więc Europa miała 2 putty na zwycięstwo. Zwycięstwo, wiktoria, euforia, Veni vidi vici!!!!!!! Europa – USA 14,5-13,5. Tak niewiele a jednocześnie tak wiele. Wprawdzie weekend spowodował, że kilkakrotnie mieliśmy stan przedzawałowy było warto. I już czekamy na kolejną odsłonę za dwa lata w Medinah Country Club w Illinois.

Nie można komentować tego wpisu.


Powrót na górę strony