Podsumowanie tygodnia

Napisane 19.07.2010 przez Tomasz Zembrowski

The OPEN Championship

Photo by Bob Stab

W ten weekend Szkocja była pępkiem golfowego świata. Na polu St. Andrews Old Course rozegrano 139 edycję turnieju The OPEN, obchodzącego w tym roku 150 urodziny. Wszyscy liczyli na wielkie emocje, walkę do ostatniego dołka a tu…nici bo całą atencje ukradł bezczelnie jeden zawodnik, i to w dodatku taki, na którego poza rodziną, stawiali co najwyżej szaleńcy. W życiu nigdy nie jest tak jak byśmy chcieli więc dlaczego nie miałoby byc tak samo w golfie.

Pierwszym bohaterem (niemalże narodowym) stał się Rory McIlroy, który w czwartek ośmieszył Old Course uzyskując na nim 63 uderzenia. Ba, mógł zrobic 62 ale na 17 dołku nie trafił puta. Na drugim miejscu wylądował Louis Oosthuizen (o jego przezabawnym nazwisku mówiliśmy nie raz) z wynikiem 65, co również wprowadzało komentatorów w pewne zdziwienie. Innym zaskoczeniem była świetna forma połowy Johna Daly, która uzyskała wynik 66 dające miejsce T3. Oczywiście jak to w przyrodzie bywa natura dawała nierówno i niektórym wiało słabo, innym mocniej a jeszcze innym bardziej niż bardziej (ciekawa konstrukcja nieprawdaż?)

Drugi dzień był jednak zaskakujący bardziej niż pierwszy. Ochrzczony nowym mistrzem galaktyki główny pretendent do tytułu McIlroy popłynął okrutnie – 80 uderzeń (17 więcej niż dzień wcześniej) i spadek na miejsce T38. Za to ten, który był pomijany przy wszystkich zestawieniach czyli Ossthuizen, wykorzystał dobre warunki i zagrał niemalże równie dobrze (67) i z wynikiem (-12) po 36 dołkach objął prowadzenie. W piątek równie dobrze poradzili sobie Miguel Angel Jimenez, Ricky Fowler, który powrócił z zaświatów i mimo amatorskiej rundy otwarcia (79) uratował się przed linią cut, i weteran Mark Calcavecchia, który po dwóch dniach z wynikiem (-7) został wiceliderem. Co ciekawe, jeden z zaproszonych amatorów, a konkretnie Koreańczyk Jin Jeong zajmował wówczas miejsce T3 z wynikiem (-6).

A czołówka światowa spała. Tiger rzucał kijami i mruczał pod nosem, Phil też mruczał, pewnie powtarzał sobie teorie, bo dopiero się uczy grac na linksie a Stricker też się gdzieś pogubil. Pogoda po raz kolejny torturowała, z tą drobną różnicą, że tym razem przesuwała piłki na greenach w związku z czym turniej w piątek zawieszono na ponad godzinę.

Dzień trzeci to kolejne zmiany, chociaż bez tej najważniejszej. Najlepszą rundą dnia (67) pochwalic się mogli Henrik Stenson (facet co lubi sobie zagrac z wody i błota ale tylko jak się rozbierze) i dwóch Anglików Paul Casey i Robert Rock. A prowadzący Louis (dajmy mu już spokój z nazwiskiem) po kolejnej świetniej rundzie (69) i sumie (-15)  utrzymał bezpieczną przewagę czterech uderzeń nad Caseyem, siedmiu uderzeń nad trzecim Martinem Kaymerem i ośmiu nad wspomnianym Stensonem i solidnie grającym Westwoodem (pewnie cały czas śni mu się ostatni dołek zeszłorocznej odsłony turnieju).

A finał? Był  nudny. Trochę radości wniósł, cały na pomarańczowo (przynajmniej w warstwie wierzchniej) Ricky Fowler, który dzięki rundzie dnia (67) awansował ostatecznie na miejsce T14. Niedzielny wynik młodego Amerykanina jest godny podziwu biorąc pod uwagę fakt, iż w czołowej jedenastce zaledwie dwóch zawodników zagrało poniżej 70. Na miejscu T7 z wynikiem (-5) wylądowali Amerykanie Sean O’Hair i Nick Watney oraz fatalnie finiszujący Kaymer (3 bogeye na ostatnich trzech dołkach) i genialnie finiszujący Anglik Rober Rock. Jedno uderzenie mniej (-6) i samotne miejsce 6 zajęła legenda golfa RPA Retief Goosen. A reszta? Dramaturgii nie było ani trochę chociaż komentujący na antenie Polsat Sport  Tomaszewski (głos jak u ojca, ale na golfie to się zna raczej słabo) i Person (głosu po ojcu nie  ma, ale za to ile o golfie wie) co chwilę liczyli na przełom.

Na miejscu T3 z wynikiem (-8) uplasowali się: Henrik Stenson, który zagrał arcynudną rundę składającą się z 17 parów i jednego birdie, Rory McIlroy, który w tym turnieju pobił samego siebie (63,80, 69,68), pobił rekord pola St. Andrews Old Course a także rekord najlepszej rundy otwierającej turniej wielkoszlemowy w historii oraz Paul Casey, który chciał bardzo ale mógł już mniej. Chcielibyśmy powiedziec, że Anglik był blisko, ale było by to kłamstwo, nie był. Tak czy siak miejsce T3 to też skuces. A skoro mowa o sukcesie to nie wolno nie wspomniec o wiceliderze, czyli Lee Westwoodzie, który już drugi rok z rzędu kończy w absolutnej czołówce. O jego dobrej formie nie tylko świadczą kolejne wysokie lokaty i gruby portfel ale także ranking światowy, w którym Anglik zrównał się niemalże z Philem Mickelsonem i jak tak dalej pójdzie to on a nie “Lefty” będzie miał szansę stac się zaledwie 13 liderem tego rankingu.

A bezkonkurencyjnym zwycięzcą z wynikiem (-16) został: Lodewicus Theodorus  Oosthuizen, pieszczotliwie nazywany przez znajomych “Shrekiem”. Co ciekawe jego nazwisko brzmi Westhejzin, czego zupełnie nie możemy zrozumiec. Dla 27 letniego zawodnika z RPA zwycięstwo w The Open, to siódmy zawodowy tytuł (wcześniej jeden w European Tour i 5 w Sunshine Tour). Wygrana w St. Andrews poza sławą i niebagatelną kwotą wynoszącą niemalże 1,4 mln $ przyniosła zawodnikowi także awans na 15 miejsce w światowym rankingu OWGR. Serdecznie gratulujemy.

The OPEN Championship wyniki

2 komentarze do “Podsumowanie tygodnia”

  1. Ania Napisał:

    czy już mówiłam, jak uwielbiam Wasze komentarze? 😉

  2. Tomasz Zembrowski Napisał:

    Nawet gdybyśmy już o tym wiedzieli, napisalibyśmy, że pierwsze słyszymy. Miło, że nie tylko nas bawią nasze komentarze.

Komentuj


Powrót na górę strony