„Witamy w klubie” czyli Jason Day w Nike

Napisane 10.01.2017 przez Tomasz Zembrowski

Nowy rok, nowy sezon, nowe nadzieje, nowe kontrakty, nowe przetasowania. Aktualny numero uno Jason Day (w sumie jest pierwszy 45 tygodni ale wcześniej miał tylko kilka tygodni prowadzenia a teraz siedzi na fotelu lidera już dość długo bo od 27 marca zeszłego roku) ogłosił 1 stycznia 2017 roku, że przechodzi od Adidasa do Nike dołączając do Tigera, Rorego, Paula Casey czy Brooksa Koepka. Ponieważ Nike wycofał się z kijów kontrakt dotyczy jedynie butów, rękawiczek i ubrania. Day będzie nadal grał kijami Taylor Made. Wieloletni kontrakt opiewa na skromne 10 banieczek dolarów rocznie…jak tu żyć????

Oczywiście Nike wypuściło stosowną reklamę z Australijczykiem. Trzeba przyznać, że jest klimatyczna!

Just do it! Jesteśmy na TAK!

 

Tower Links Golf Course (Emiraty Arabskie, Ras al Khaimah)

Napisane 29.12.2016 przez Tomasz Zembrowski

Dziś w ramach akcji „Tu byłem i grałem. Golfowy Tony Halik” lądujemy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, w Emiracie Ras Al Khaimah, od południa graniczącym z Dubajem, od północy z Omanem i górami Al-Hadżar al-Gharbi. Pierwsze wrażenie robi dość oryginalny budynek klubowy i meeeega pusty parking. Jeszcze dziwniej się robi kiedy wchodzisz do tego oryginalnego budynku  a tam totalna cisza, zero ruchu i zaczynasz się zastanawiać czy klub jest aby na pewno otwarty. A klub jest otwarty ale jest po prostu pusty a kiedy już pracownicy Cie zauważą to się cieszą na twój widok i próbują być na prawdę pomocni. W samym klubie jest około 40 członków a reszta to turyści, którzy pojawiają się falami. Mnie wyprzedziła o kilka dni spora grupa Szwedów ale w dniu w którym grałem naliczyłem może z dziesięciu golfistów. 

Słyszałem już wcześniej, że to pole jest jedno z najbardziej „naturalnych” obiektów w kraju ale dopiero na miejscu zauważyłem że 11 z 18 dołków graniczy z rezerwatami lasów namorzynowych co robi spore wrażenie w kraju, który pokrywa w większości pustynia. Ta oaza przyciąga tak wiele gatunków ptaków, że pole powinno się nazywać Bird Links a nie Tower Links. Nie dziwi więc ani trochę specjalna lista ptaków na oficjalnej stronie pola golfowego, składająca się z 86 gatunków. Ze mnie żaden ornitolog ale i tak zabawę miałem przednią. 

św

Niech Was nie zwiedzie płaski teren…to pole miejscami jest na prawdę wymagające wymykając się z klasycznego stereotypu turystycznego obiektu dla starych dziadków. Out of bound z namorzynów, sporo bunkrów i wastelandów, oraz wrednie usytułowane przeszkody wodne powodują, że ta 18tka urwie kilka uderzeń nawet najlepszym zawodnikom. Dodatkowym uatrakcyjnieniem są pofałdowane fairwaye i greeny (jak na links przystało). Sama prędkość greenów może nie porażała ale grałem na wielu wolniejszych. Jak na upały, które trafiłem (28 stopni w święta Bożego Narodzenia) to obiekt był w na prawdę solidnej kondycji.  

Pole ma długość 5000 metrów (5554 jardów) z czerwonych tee (dla kobiet) ma slope 131, z białych (dla seniorów) 133, 5614 metrów (6238 jardów) z zielonych (dla mężczyzn) 139, z czarnych 6500 metrów (7199 jardów) (dla pro) 141.

Jedenastoletnie Tower Link Golf Club składa się nie tylko z 18 dołków ale dysponuje terenami treningowymi (putting i chipping) i dużym drivingiem. Niestety wielkość jest jedynym atutem strzelnicy bo tutaj pustynia zdecydowanie wygrywa i trawy jest mniej niż mało, poobijane beczki i krzywe flagi nie dodają temu miejscu uroku. Na szczęście „akademia” ma się zdecydowanie lepiej i nauka chipów i puttów może się odbywać w miłej atmosferze na dobrze przygotowanych greenach.

Do niedawna pole można było rozegrać dzień i w nocy dzięki mocnym, wysokim lampom ale kilka z nich przerdzewiała i popękała tworząc dość abstrakcyjny obraz. Mam nadzieje, że problem niebawem zostanie rozwiązany bo runda latem w 50 stopniach w cieniu to chyba zbyt duży hardcore.

Co nie bez znaczenia można tutaj dotrzeć tutaj nie tylko przez Dubaj skąd mamy około godziny jazdy ale również z lotniska międzynarodowego w Ras Al Khaimah od którego mamy rzut beretem. Tym bardziej, że na to ostatnie lotnisko można dolecieć z Warszawy, Wrocławia i Katowic.

Chętnie tu wrócę…z grupą 🙂

 

Golfklúbbur Mosfellsbæjar (Islandia)

Napisane 15.12.2016 przez Tomasz Zembrowski

Dziś w ramach akcji „Tu byłem i grałem. Golfowy Tony Halik” Paweł Rozwadowski z synem zabiorą Was do Islandii 

Na pomysły Basi, aby pojechać na wakacje na Islandię reagowałem jak większość Polaków okrzykiem „zawarowałaś???”. Przecież TAM jest zimno, ciemno, smutno i tak daleko od domu, że nawet ptaki nie dolatują. Udało się mnie przekonać dopiero wtedy, gdy powiedziała mi, że na Islandii jest 65 pól golfowych. Zaraz, zaraz… 65 pól na 330000 obywateli, to daje lekko licząc jedno pole na każde 5000 mieszkańców, czyniąc Islandię najbardziej golfowym krajem Świata! Nie wiem, co na to Golf Digest uparcie twierdzący, że najbardziej golfowym krajem Świata jest Szkocja, ale szybki przegląd Internetu potwierdził moje wyliczenia, dodatkowo podając informację, że do dobrego tonu należy poruszanie się po polu golfowym w towarzystwie butelki z mocnym alkoholem, co przesądziło o wszystkim i kupiliśmy bilety lotnicze tak szybko jak tylko było to możliwe…

 

Co należy wiedzieć o golfie na Islandii żeby wyjazd był udany? Po pierwsze, na Islandii jest zarejestrowanych ponad 50.000 posiadaczy aktywnego hcp co stanowi 15% populacji więc można zaryzykować stwierdzenie, że w golfa grają WSZYSCY i faktycznie po piłce nożnej, golf jest drugim najpopularniejszym sportem. Dlatego tez wysoce rekomendowanym zachowaniem jest zamówienie zawczasu tee tme, aby nie obudzić się w sytuacji, w której WSZYSTKIE pola są zajęte. Po drugie, mimo, że Islandia leży na Oceanie Atlantyckim daleko na Północy, to właśnie dzięki wodom oceanicznym, przepływającemu ciepłemu prądowi zatokowemu temperatury umożliwiają grę w golfa przez cały rok a w miesiącu czerwcu i lipcu można grać przez 24 godziny na dobę.

Po trzecie pogoda… ta nie rozpieszcza graczy. Z temperaturą w czerwcu nieprzekraczającą 17 stopni Celsjusza i deszczami oraz wiatrami wiejącymi nierzadko z prędkością 80km/h gra w golfa wydawać się może czynnością mało atrakcyjną.Jeśli nie podoba Ci się aktualna  pogoda, to poczekaj tylko pięć minut, tak właśnie mawiają Islandczycy – co wskazuje na silną zmienność klimatu, gdzie można doświadczyć czterech pór roku w jeden dzień: słońce i łagodną temperaturę rano, następnie wiatr, chłód i deszcz w południe a wieczorem lekki śnieg i temperatury około zera stopni C tak, aby ranek powitał niezwykle ciepłą aurą, słońcem i wręcz idyllicznym spokojem. To może wydawać się dziwne, jednak średnia temperatura zimą w Reykjaviku jest równa średniej Mediolanu, chociaż w lecie temperatura jest tu niewątpliwie niższa. 

 

Wracając do pól golfowych… w samym Reykjaviku jest 6 klubów golfowych dysponujących polami minimum 18 dołkowymi klasy mistrzowskiej, w najbliższej okolicy (1 godzina jazdy samochodem od ulicy Laugavegur uchodzącej za epicentrum życia towarzyskiego miasta) jest jeszcze 10, więc jest w czym wybierać. O wszystkich polach można dowiedzieć się w języku angielskim ze strony internetowej www.golficeland.org gdzie znajdują się podstawowe informacje o najważniejszych polach wraz z numerami telefonów, aby zarezerwować tee-time.

 

Chcę tu napisać o klubie, którego próżno szukać na oficjalnej stronie, a który swym dramatycznym pięknem skradł mi serce do tego stopnia, że obiecałem sobie odwiedzać go tak często jak tylko będę mógł – Klub Golfowy Mosfellsbæjar (orygialna pisownia Golfklúbbur Mosfellsbæjar)  w miejscowości o tej samej nazwie, graniczącej po północnej stronie z Reykjavikiem.

Znaleźliśmy ten klub jako ostatnią deskę ratunku, gdy okazało się, że w niedzielę rano wszystkie pola w mieście mają zajęte tee-time’y – Keilir, Oddur Grafarholt – wszędzie turnieje, na Korpulfs wszystkie tee time’y zajęte, ale miły Czech pracujący w recepcji klubu chwycił za telefon i… zaczął nawijać doń w płynnym islandzkim (tak przypuszczaliśmy) a po dłuższej chwili mieliśmy swego Świętego Graala – tee time o 11.05 pole Hlíðavöllur jako druga para do flajtu.

 

Mimo, że miasteczko liczy sobie 9000 mieszkańców i wygląda na nowo wybudowane, Klub Golfowy Mosfellsbæjar posiada dwa pola – 9 dołkowe Bakkakot będące górzystym, krótkim, liczącym 2200m parklandem dość gęsto (jak na Islandię) obsadzonym drzewami oraz 18 dołkowe wybudowane na plaży Hlíðavöllur o długości 5450m z żółtych tee.  Sami członkowie klubu mówią, że jest to skrzyżowanie parklandu z linksem…dobrze powiedziane, jeżeli tak wygląda parkland!

 

Od początku – rejestracja nie jest taka prosta, ponieważ karta hcp na Islandii ma jedną super funkcję – automatyczne logowanie do gry – wchodząc do klubu przykłada się toto do czytnika, potwierdzając obecność i czas, automatycznie na monitorze wyświetla się tee-off time oraz facjaty partnerów z flajtu,. My, nie posiadając takowej zmuszeni byliśmy znaleźć kogoś z obsługi pola, co okazało się zadaniem niełatwym, lecz w końcu możliwym do wykonania. Po opłaceniu green-fee w mniej więcej jednakowej w całym kraju cenie 50 Euro płatnej w walucie miejscowej, czyli koronie islandzkiej (1 EUR = 120 ISK) i zakupie żetonów na driving range 1 koszyk = 200 ISK pozostało nam tylko wypożyczenie kijów, wózków i do roboty!

 

Tu spotkała nas mała niespodzianka – na Hlíðavöllur nie ma kijów do wypożyczenia, bo tego pola nie odwiedzają obcy, o turystach golfowych już nie wspominając! Perspektywa gry zaczęła się gwałtownie oddalać a nasze miny musiały wymownie wołać o pomoc do jakiegoś groźnego boga Wikingów, bo miejscowi dwaj PRO’si David i Sigur oddali nam swoje torby z wózkami w „temporary leasing” a my uzbrojeni w zestawy PING i Titleist z najnowszego „udoju” ruszyliśmy na wyzwanie przygody.

 

Hlíðavöllur ma niezły jak na Islandię drivig range, gdzie gra się ze mat umieszczonych na specjalnych postumentach, w  które łatwo można wbić tee tak, że można przetrenować wszystkie uderzenia łącznie z driverem. Do tego dochodzi chipping green z bunker area i putting green. Mały, w stylu skandynawskiego ‘hutte’ club house mieści recepcję, kuchnię z dobrze zaopatrzonym barkiem i pro-shop.

 

Odnośnie pola – na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie spokojnego lekko pofałdowanego, o szerokich farway’ach łagodnie opadających w kierunku zatoki o prosto brzmiącej nazwie Hvalfjarðarsveit, z zapierającymi dech w piersiach widokami na ośnieżone szczyty gór po drugiej stronie wody. W istocie trudność pola polega na jego islandzkiej specyfice – trawa nie rośnie na ziemi, lecz na kamiennych płytach z zastygłej lawy, tworząc na nich swoisty kożuch – spadająca piłka powoduje swoiste dudnienie a wystające kawałki skały mogą niemiłosiernie ukarać grającego pod wiatr niskie stingery… piłka potrafi odbić się od niewinnie wystającego kawałka lawy i powrócić, gnana wiatrem tak, że po uderzeniu jest się dalej od dołka niż przed nim. Woda – praktycznie towarzyszy nam podczas całej gry, lokalizacja nad brzegiem morza powoduje, że jest obecna widokowo, generując niespodziewane podmuchy wiatru przychodzące raz od strony otwartego morza a raz od strony gór zatokowych, generowane przez letnią termikę (miałem wrażenie, że mam zawsze pod wiatr niezależnie, w którą stronę grałem, ale złej baletnicy…). Woda grającą na polu jest mało widoczna z farwaya ale należy podchodzić z respektem do ostrzeżeń typu „uważaj, przez greenem jest woda’  w istocie jest to kilkumetrowej głębokości rozpadlina skalna – szczelina w lawie na dnie której płynie sobie leniwie mała rzeczka, malowniczo wypełniając kilka oczek wodnych o stromych, murowanych z kamieni brzegach, wysokich zawsze od strony greenów.

 

Greeny bardzo bobrze utrzymane, duże i wyniesione, bronione oprócz rozpadlisk skalnych przez małe, ale kąśliwe bunkry wypełnione szarym piaskiem lawowym. Grając z sympatycznym, małżeństwem autochtonów, doszliśmy do części pola znajdującej się na półwyspie i tu zaczęła się epopeja z„Angry Birds”. Przy pięknej, słonecznej, choć wietrznej pogodzie, Islandczycy wyciągnęli parasole golfowe o konieczności zastosowania, których przekonaliśmy się już za chwilę.

 

Otóż, na półwyspie upodobał sobie wić gniazda pewien gatunek wielkiej i niezwykle agresywnej mewy. Ptaszory te traktują półwysep, na którym są dołki nr 6-9 jako swoją udzielna własność a grających jako intruzów chcących im wykraść jaja. Nie muszę zaznaczać, że wielkość i barwa piłeczki golfowej odpowiada prawie w stu procentach „gramaturze’ takiego jaja a gość stojący nad nim i machający kijem chcąc pozbawić ptaka potomstwa jest dla niego widokiem wyjątkowo ohydnym…, atakują intruzów na wszelkie możliwe sposoby, dziobiąc, pikując, uderzając skrzydłami a w ostateczności puszczając na delikwenta niezwykle cuchnącą bombę ptasiego guano. Stąd dwuosobowa obsługa uderzeń – jedna osoba robi zamach a druga chroni siebie i partnera, odganiając ptaki i chroniąc się przed ostrzałem w cieniu parasolki.

Po zagraniu dziesiątego dołka, uważać trzeba, aby przez pomyłkę nie zagrać jedenastego dołka ale zupełnie innego pola – Korpúlfsstaðavöllur należącego do stołecznego Reykjavik Golf Klubbur – dziwnym trafem dwa pola zbiegają się dołkami nr 10, po których nietypowo następuje „zwrot do domu”. Dodatkowo, brak ogrodzeń i wszędobylskie ścieżki rowerowe trochę utrudniają orientację i znalezienie „swojej” jedenastki nieobytym przybyszom. Rowerzyści a także jeżdżący konno obecni są na wszystkich polach i trzeba zdecydowanie uważać czy nie ma któregoś w zasięgu uderzenia..

Druga dziewiątka zdecydowanie mniej dramatyczna, jeżeli można tak określić grę na polach lawowych przy epickich widokach zmieniającej się jak w kalejdoskopie pogody – słońce na zmianę z lekkim deszczem, po którym widać na niebie pełną tęczę. Długie, szerokie fairway’e, pułapki z lawy, do których już się przyzwyczailiśmy i gra góra-dół, znana nam z Polski okazały się kluczem do sukcesu – karta wyników ładnie wyglądała na koniec gry.

Gry w niezwykłym miejscu, w świetnym towarzystwie dowcipnych a przy tym niezwykle ciepłych Irlandczyków (jak się później okazało On był członkiem islandzkiego parlamentu) zakończonej zaproszeniem do wypicia kilku „głębszych” na 19tym dołku… wrócimy do Was na pewno!!!

(Yoolek z prawdziwie polskim akcentem poznańskiej sieci supermarketów )

PS

„Po grze, polecamy wizytę w jednym z ponad setki basenów z wodą termalną, tryskającą na Islandii praktycznie z każdego miejsca, ale to już zupełnie inna historia…”

 


Powrót na górę strony